Blog

Spowiedź rekrutera – największe wpadki, które zaliczyłem.

Rozpoczynamy serię gościnnych wpisów Macieja Dachowca na blogu CV Expert. Ku Twojej uciesze artykuły tego autora będziemy publikować w każdy poniedziałek. 

Uwaga! Przed lekturą skonsultuj się ze swoim lekarzem lub farmaceutą. Nie ponosimy odpowiedzialności za trwałe zmiany w Twoim postrzeganiu rynku pracy :). Zaczynamy od wyznania grzechów skruszonego rekrutera. 

Każdemu zdarzają się wpadki, jedne bardziej inne mniej spektakularne. Oto top trzy sytuacje z mojej praktyki zawodowej, w których najadłem się wstydu i starałem trzymać pion, mimo że świat starał się stanąć na głowie.

Było lato – gorąco, leniwie i wszyscy marzyliśmy o tropikalnych plażach, zamiast myśleć o pracy. To był błąd. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że ważny klient zdecydował się na zatrudnienie nowych pracowników, w sezonie, który z reguły jest martwy, tak więc było to w zasadzie jedyne zadanie, które nas czekało. Przygotowaliśmy wszystko tak jak być powinno – zaprosiliśmy 10 kandydatów, z których 8 miało wziąć udział w rozmowach z klientem. Kandydaci umówieni byli od godziny 9.00, co dwadzieścia minut. Minęła tymczasem 10, a ja czekałem i czekałem, podczas gdy nikt się nie pojawiał. O 10.15 zacząłem zastanawiać się, czy wszystko jest w porządku, bo pracownicy produkcyjni lubią nie przyjśc na rozmowę, ale to wyglądało na zbiorowy bojkot. Moje wątpliwości rozwiał miły jegomość w średnim wieku, który wszedł nieśmiało do biura.

– Dzień dobry – powiedziałem z uśmiechem – własnie na Pana czekałem, zapraszam.

Odwróciłem się do niego i zaprowadziłem do pokoju rozmów.

– Jak Pańska godność?

– F-rowicz Marian.

– Panie Marianie,warunki wyglądają następująco: system trzy zmianowy, od poniedziałku do piątku, stawka tyle, a tyle brutto, netto to będzie jakieś… – Pan Marian słuchał uważnie i grzecznie, podczas gdy ja szukałem jego CV– prosze powiedzieć mi czy akceptuje Pan takie warunki?

– No, ale że praca?

– No tak, umawialiśmy się na rozmowę.

– E to nie, Panie. Ja przyszedłem zapytać tylko czy by Pan nie poratował jakąś piątką?

– Co proszę?

– No kierowniku, zbieramy z chłopakami na piwko, co by się trochę ochłodzić, bo ukrop jak cholera.

Przyjrzałem mu się uważniej, teraz dopiero mój rozleniwiony mózg odebrał zapach, który wisiał w powietrzu, a który wcześniej zignorowałem, zobaczyłem kilkudniowy zarost i niezbyt świeży ogólny wizerunek Pana Mariana. No cóż, pracownikom produkcji wiele się wybacza. Na zewnątrz czekali rzeczywiście koledzy Pana Mariana, „chłopaki” byli w przedziale wiekowym 30 – 60, chociaż trudno ocenić wiek osiedlowych żuli. Marian wyglądał z nich najporządniej, może dlatego wysłany został z misją. Podziekowałem mu za rozmowę, piątki nie dałem, sprawdziłem datę na telefonie. Okazało się, że był czwartek, rozmowy miałem zaplanowane na dzień następny. Moje rozżalenie było tym większe, że miałem już plany na sobotę.

485088_486387164735340_992264629_n

Druga historia wydarzyła się w sezonie, który do ogórkowych nie należał. Wręcz przeciwnie. Było tyle pracy, że nie wiedziałem gdzie włożyć ręce. Jednego dnia, w biurze o wielkości 70 metrów kwadratowych, w jednej porze, odbywało się spotkanie z klientem, rozmowy na stanowisko menadżerów eksportu i telekonferencje z jedną włoską firmą, dla której akurat pracowaliśmy. Dodatkowo kilku pracowników wpadło podpisać umowę, to miała być formalność, ale wybrali najgorszy z możliwych momentów. Tak się zdarzyło, że w jednym momencie, głównie przez alternatywne podejście do czasu, z którego Włosi słyną, w biurze znalazło się około 10 osób, które miały jakąś sprawę. Niby nie tak dużo, to znaczy: bywało więcej, ale w wirze pracy trudno się czasami połapać, a każda z osób chciała czegoś innego.

Do biura wszedł kolejny mężczyzna, skądś kojarzyłem jego twarz. Ubrany w garnitur, miał ze sobą niedużą teczkę. Przywitałem się, zapytałem o godność i zaprosiłem do pokoju rozmów. Wyjaśniłem, że mamy dziś młyn i poprosiłem o chwilę cierpliwości. Za cholerę nie potrafiłem znaleźć jego CV. Szukałem dobrych parę minut, po czym wróciłem do niego zrezygnowany.

– Bardzo mi przykro, ale nie potrafię odnaleźć Pańskich dokumentów.

– Tak?

– Czy ma Pan może przy sobie swoją kopię CV?

– Niestety nie, ale nie dziwię się że nie potrafi Pan ich odnaleźć.

– Dlaczego?

– Bo nigdy ich nie wysyłałem – uśmiechnął się szeroko.

– Pan przyszedł na rozmowę dotyczącą stanowiska menadżera eksportu, prawda?

– Tak, dokładnie, ale nie jako kandydat. To dla mnie ich Pan rekrutuje.

Tak, klient wpadł renegocjować umowę i wyjaśnić kilka kwestii związanych z wymogami stanowiskowymi. Ponieważ był w pobliżu pomyślał, że nie warto dzwonić. Czerwony jak burak dokończyłem rozmowę na temat właściwy, przepraszając go i klnąc w duchu na swój brak organizacji.

301299_10152138301385307_1462283240_n

Nie znam włoskiego. Dobrze znam angielski. Pojechałem więc negocjować umowę z włoskim klientem. Rozmawiałem z człowiekiem przez telefon, sympatyczny gość, otwierał w Polsce firmę i bardzo potrzebował nowych pracowników. Oddział w Polsce miał reprezentować interesy spółki za granicą. Firma została otwarta, hula do dziś aż miło. Mniejsza z tym.

Przyjechałem wcześniej, w świetnym humorze. Z klientem od razu złapaliśmy dobry kontakt, oprowadził mnie po fabryce. Nie był to duży zakład, zatrudniał max 15 osób, z czego przy maszynach pracowało góra 5. Dowiedziałem się dokładnie do czego one służą i posłuchałem jakich pracowników potrzebuje klient. Zaproponowałem leasing pracowniczy, wyjaśniając na czym polega. Powiedziałem „Bondżjorno” do jedynego wtedy tam pracującego człowieka, który był Włochem. Usiedliśmy, żeby podpisać umowę, jednak klient chciał ją wcześniej przeczytać, bo centrala, pomimo mojej prośby, nie dostarczyła mu odpowiednich dokumentów. Wyjąłem umowę i pokazuję ją klientowi.

Oniemiałem. W ferworze przygotowań, nie sprawdziłem co drukuję i okazało się, że wysłali mi umowę po włosku, bez angielskiej, ani polskiej wersji. Raz kozie śmierć pomyślałem, przecież nie może zawierać jakichś kolosalnych różnic.

Byłem zmuszony odpowiadać na pytania, o fragmenty umowy, które niewiele mi mówiły. Bazowałem na tym, że moje odpowiedzi były bardzo ogólne i starałem się wyjaśnić wszystko po kolei. Z pełną powagą na twarzy zadawałem pytania pomocnicze, które miały wskazać, że tekst dokumentu nie jest mi obcy. Wracając byłem spocony i torchę dumny z siebie. Zadzwoniłem do centrali, żeby trochę na nich pokrzyczeć i wyjaśnić, jak bardzo brzydko się zachowali. Jedna myśli nie dawała mi tylko spokoju. Nie do końca rozumiałem wszystkie warunki, które wynegocjowaliśmy.

Po dotarciu do biura, okazało się, że klient podpisał umowę na niekorzystych dla niego stawkach  i warunkach, bo dostałem kontrakt, na którym pracowało się 5 lat temu, ale nikt nie pokwapił się, żeby go zmienić. Na szczęście kolejnego miesiąca klient dostał bonus za dobrą współpracę i wyjaśniliśmy, że umowa taka była tylko startową, a teraz w ramach dobrej współpracy, dostanie dużo lepsze warunki. Następna umowa była już po angielsku, a dużo lepsze warunki to był po prostu nowy standard. 

558344_10152068847335307_285924021_n

  • Czy czytają to rekruterzy? Ja kilkakrotnie umówiłem kandydatów na tą samą godzinę. Było ciekawie 🙂 Pochwalcie się własnymi wpadkami